Wesprzyj Fundację Votum
1) Dane osobowe darczyńców będą przetwarzane przez Fundację VOTUM zgodnie z Polityką prywatności oraz Zasadami dokonywania darowizn.
2) Zasady przetwarzania danych osobowych darczyńców przez PayU S.A. są określone w Zasadach płatności PayU, do których link udostępniony jest na etapie wyboru sposobu dokonania płatności.
29 lipca, podczas badań prenatalnych w Koszalinie, usłyszałam od lekarza dramatyczną diagnozę — letalna (śmiertelna) wada mózgu i bardzo duże wodogłowie. Zasugerowano mi aborcję, ponieważ ciąża miała zagrażać mojemu zdrowiu. Otrzymałam skierowanie na zabieg.
Dwa dni później, 31 lipca, pojechałam do Gdańska do UCK. Lekarze potwierdzili wcześniejsze przypuszczenia, ale jedna z lekarek zdecydowała, że najpierw trzeba wykonać rezonans płodu. Badanie wymagało jednak oczekiwania, więc odesłano mnie do domu.
4 sierpnia otrzymałam telefon z prośbą o pilne stawienie się na oddziale. Po trzech dniach badań usłyszałam słowa, których nigdy nie zapomnę:
„Nie zrobię pani aborcji. To nie jest śmiertelna wada mózgu — dziecko ma rozszczep kręgosłupa. Ma szansę być w pełni sprawne intelektualnie, może tylko nie chodzić lub mieć problemy z utrzymaniem moczu.”
Lekarz skierował mnie do najlepszego specjalisty w Warszawie.
14 sierpnia trafiłam do szpitala Bielańskiego, gdzie przeprowadzili mnie szczegółowe badania i zakwalifikowali do operacji wewnątrzmacicznej.
21 sierpnia lekarze przeprowadzili zabieg — naprawili rozszczep kręgosłupa mojego maleńkiego synka, który ważył wtedy zaledwie 400 g. Operacja się udała. Już po kilku dniach główka dziecka zaczęła się prawidłowo rozwijać, a ja każdego dnia modliłam się, by tylko przeżył.
1 września, po kilku tygodniach w szpitalu, rozpoczął się poród. O 18:38 przyszedł na świat Bazyli — maleńki, ale niezwykle silny. Od razu trafił na OITN, a ja mogłam go zobaczyć dopiero po kilku dniach. Widok synka podłączonego do aparatury był trudny, ale wiedziałam, że to właśnie te urządzenia ratują mu życie.
Po porodzie sama przeszłam ciężkie chwile — dostałam wstrząsu anafilaktycznego po podaniu żelaza i cudem zostałam uratowana.
Dwa tygodnie później musiałam wrócić do domu, zostawiając Bazylka w szpitalu. Niedługo potem stan synka się pogorszył – dostał infekcji i znów musiał być intubowany. Na szczęście wygrał i powoli wracał do sił.
Dziś Bazyli wciąż walczy, rośnie i każdego dnia pokazuje, jak bardzo chce żyć. Przed nami długa droga — rehabilitacja, konsultacje specjalistyczne i ciągła opieka medyczna.
Dlatego prosimy o wsparcie.
Każda wpłata, każde dobre słowo to pomoc w walce o sprawność i zdrowie naszego małego bohatera.
Mama Bazylka.
